wtorek, 19 lutego 2019

TEATR MUMERUS W MARCU 2019

ZMORA, MILEWSKA i PROKOFIEW (A WŁAŚCIWIE SZOSTAKOWICZ)

Rys. Wiesław Hołdys




3, 4, 18 marca, godz. 19:00, Teatr Zależny, Kraków, ul. Kanonicza 1: 
ZMORA



Rys.: Wiesław Hołdys


25 marca, godz. 19, Klub ŻAK, Gdańsk, Grunwaldzka 195/197: 
Czytanie performatywne dramatu: Monika Milewska "Dziś umarł Prokofiew" (w ramach PC Drama)
Rys.: Wiesław Holdys

czwartek, 14 lutego 2019

ZMORA - LIST OD WIDZA


Nadesłał zdezorientowany widz: 
"Porządkując dokumenty wpadło mi w ręce to zdjęcie. Wygląda jakby leżało na dnie szuflady już od dawna, nawet bardzo dawna. Nie pamiętam skąd pochodzi i kogo właściwie przedstawia. Obraz jest zamglony. Czy przedstawiony na fotografii mężczyzna wyłania się właśnie z tej dziwnej mgły, a jego rysy stopniowo się wyostrzają, czy wręcz przeciwnie – jego wyrazisty dotąd wizerunek właśnie zaczyna się zamazywać, oddalać? A może fotografię wykonano przypadkowo i dopiero po wywołaniu filmu okazało się, że jednak aparat nie strzelał w próżnię? Mężczyzna ze zdjęcia wpatruje się we mnie uporczywie, co może i nie byłoby niczym dziwnym, przy ujęciu en face. Rzecz jednak w tym, że zamiast oczu ma dwie ciemne, rozmazane plamy! Przecież to niemożliwe, żeby takimi nie-oczami nawiązać jakikolwiek kontakt wzrokowy. A tymczasem on nie tylko gapi się w najlepsze, ale i układa usta w lekko ironicznym uśmiechu. To tylko zdjęcie, zatrzymany kadr, jakaś postać – tłumaczę sobie bez większego przekonania. Ale czy byle postać ze zdjęcia może sprawić, że zaczniesz z nią rozmawiać jak z żywym człowiekiem? Bo wstyd się przyznać, ale już od dłuższej chwili wszystkie moje myśli wypowiadam na głos. Niektóre wykrzykuję nawet prosto w twarz sfotografowanemu mężczyźnie. Wyjątkowo uporczywa z niego zmora! Czuję już niemal fizyczne zmęczenie tym wpatrywaniem się. Wyrzuć to zdjęcie!, coś mi podszeptuje. Może i racja. Biorę je do ręki, obracam jeszcze mimochodem, żeby zobaczyć rewers. Ze zdziwieniem rozpoznaje moje odręczne pismo:
„Zdjęcie ze spektaklu „Zmora” Teatru Mumerus, na który dotąd nie udało ci się dotrzeć, ale bardzo przecież tego pragniesz. Grają 18 lutego 2019 roku o godzinie 19:00, Teatr Zależny, ul. Kanonicza 1, Kraków. Bądź punktualnie.A jak nie przyjdziesz w tym terminie, śledź Teatr Mumerus i przyjdź w następnym”

sobota, 26 stycznia 2019

Szachy z Diabłem (Zmora)

 
Fot.:Jacek Maria Stokłosa


Bracia Karamazow Fiodora Dostojewskiego zrealizowane w Teatrze Mumerus, to surowa, wyzbyta jakichkolwiek  zbędnych ozdobników podróż w głąb ludzkiej psychiki. Poprzez wykorzystanie kilku prostych a jednocześnie silnie nacechowanych teatralnych środków, twórcom udało się oddać atmosferę niepokoju, egzystencjalnej nerwicy natręctw jaka towarzyszy bohaterom tej niezwykłej powieści. Z całej gamy tropów i wątków zawartych w dziele Dostojewskiego, wybrano trzy rozdziały traktujące o okolicznościach i przyczynach postępującego obłąkania Iwana Karamazowa (Jan Mancewicz). Tak ukierunkowana optyka spektaklu budzi skojarzenia z pojedynkiem człowieka ze śmiercią rodem z Siódmej Pieczęci Ingmara Bergmana. W Zmorze rolę Żniwiarza przejmuje Diabeł.
            Kilka krzeseł, pojedyncze światło, wtapiające się w półmrok postacie. Tylko tyle lub aż tyle wystarczy, by pokazać kwintesencję myśli Dostojewskiego.  Kameralna przestrzeń sceny przy ul. Kanoniczej świetnie nadaje się do tego typu, wiwisekcyjnych adaptacji. Wędrujemy więc krok po kroku razem z Iwanem Karamazowem, śledząc jego drogę                   ku szaleństwu. Najpierw widzimy głównego bohatera podczas wizyty u Smierdiakowa (Mateusz Mikoś). Cierpiący na epilepsję lokaj uruchamia całą sekwencję zdarzeń poprzez jeden symboliczny gest przekazania Iwanowi skrwawionych zbrodnią pieniędzy. Służący nie istnieje w spektaklu jako pełnokrwista postać, ale poprzez atrybuty, które go określają.               Stąd jedynie wysuwająca się z boku sceny ręka z sakiewką oraz przewrócone puste krzesło samobójcy.
            O ile sceny rozmów Iwana ze Smierdiakowem mają  kryminalny, sensacyjny charakter, o tyle dalsza część przedstawienia jest teoretyzowaniem  na temat skutków popełnionego czynu. Kiedy główny bohater przemieszcza się na przód sceny, pojawia się dodatkowe oświetlenie ukazujące niewidocznego do tej pory Diabła (Ryszard Łukowski). Obecna od początku,  milcząca Zmora funkcjonuje jako alter ego Iwana.  Wyglądem, sposobem mówienia i zachowania, przywodzi na myśl Bułhakowskiego Wolanda. Przekomarza się z zadeklarowanym racjonalistą,  dając mu do zrozumienia, że jest jedynie zjawą wytworzoną przez chory umysł, by jednak po chwili sugerować wprost swoje piekielne pochodzenie.
            Mimo statycznego charakteru,   sceny rozmów Iwana z towarzyszem  nie powodują   znużenia u widza. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze tekst podawany ze sceny jest bardzo przejrzysty, aktorzy dużą uwagę przywiązują do starannej dykcji, by w różnych sytuacjach: czy to podniesionego tonu, czy szeptu, słowa Dostojewskiego docierały do słuchacza z pełną mocą i wieloznacznością. Po drugie bardzo ważnym elementem spektaklu jest to, co dzieje się między wypowiadanymi kwestiami. Dwoje przeciwników,  skupiając na sobie całą uwagę widowni, może pozwolić sobie na niewerbalne sygnały, ufając że zostaną dostrzeżone. Takie elementy gry jak skrzywienie ust, lekko drgający uśmieszek, spojrzenie nabierają mocnego wydźwięku w sytuacji, gdy mamy do czynienia z laboratoryjną przestrzenią naelektryzowaną emocjami, w której w tle jedynie sporadycznie pojawiają się urwane, paranoiczne dźwięki. Pojawienie się na scenie Aleksieja Karamazowa (Robert Żurek) rozbija ustanowiony przez oponentów porządek. Ubrany w jasne szaty stanowi wyraźną opozycję dla Diabła. Głęboko wierzący brat Iwana wprowadza pierwiastek boski do cierpienia i samotności ukazanej na scenie. Niczym światło na końcu ciemnego tunelu daje nadzieję na odkupienie win.
            Zmora w Teatrze Mumerus jest dowodem na to, że świetna literatura często broni się sama i czasem trzeba jej dać po prostu wybrzmieć na scenie. Cała reszta jest dobrze skrojonym dodatkiem, który nadaje słowom dodatkowego blasku (a może cienia?). Podziemna przestrzeń przy Kanoniczej potrafi przenieść swoich widzów w najdalsze zakamarki ludzkich rozterek i utrapień. I robi to w taki sposób, że chce się tam wracać i na nowo brać udział w potyczce z Diabłem.
      

Piotr Gaszczyński
Materiał nadesłany


Fot.: Wiesław Hołdys


 

wtorek, 26 czerwca 2018

JÓZKA SEN O PIEŚNIACH ANIELSKO-ZBÓJECKICH


 
Józek, kum mój, miał sen. Niedługi, ale taki co by nim jeszcze dziesięciu chłopa i babę na dokładkę obdzielił. A było to tak – głos jakiś piękny, anielski, balladę snuje o dzieciach co swego ojca powrotu wypatrują daremno. Ale choć głos piękny, anielski to jednak Józek (a niegłupi ten Józek!) słyszy, że do zbójcy jakiego należy. Zbir okutany od stóp do głów, pistolet w dłoni dzierży, wymachuje nim z wprawą wielką i niespotykaną, a Józka zagania gdzieś, w jakieś korytarze starego gmaszyska. 

środa, 7 lutego 2018

ANTYBENEFIS



Pisząc wnioski o dotacje (chleb powszedni dla szefa niezależnego teatru), trzeba też napisać coś o tym szefie (tzn. o sobie), i tak grzebiąc, zorientowałem się, że wczoraj minęła 30. rocznica od mojego debiutu na scenie instytucjonalnej: "Pluskwa" Majakowskiego w Teatrze im. Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim (był to też mój dyplom w PWST w Krakowie).